Wino kobiety i śpiew aha i gotowanie
RSS
niedziela, 29 listopada 2009

Niestety wpis okazal sie zbyt dlugi wiec wprowdzenie do dzisiejszego dania musialem podzielic na dwie czesci.

 

Moja ulubiona kuchnia swiata jest kuchnia wloska, moim ulubiony wloskim daniem jest spaghetti... to chyba oczywiste, ze moim ulubionym krajem musi byc sloneczna Italia. Tak jak wiekszosc z nas obywateli zimnej polnocy kocham ich tradycje, architekture i sztuke.  Rzym i Wenecje... uwielbiam ich buty, garnitury i krawaty, espresso no i to ostre swiatlo Toskani, w ktorym czerwone wino staje sie krolewsko purpurowe... kocham i uwielbiam ! ...ale czasami chcialbym zakrzyknac trawestujac Churchilla  "Wlochy bylyby rajem, gdyby nie ci przekleci Wlosi" , ale do rzeczy.

 

W 2004, na ostanim roku moich amerykanskich studiow zaliczalem swoja praktyke w malej firmie projektowej. Firma ta byla takze przedstawicielem kilku wloskich firm designerskich. Pewnego dnia, jak co roku, przyszlo zaproszenie na jedne z najwiekszych na swiecie targow wzornictwa Abitare il Tempo w Weronie. Nikt w biurze nie chcial leciec, chodz wszystko poza wyzywieniem bylo przez organizatorow oplacone. Szef zawolal mnie i stwierdzil ze "Lece ja i ze mam ich godnie reprezentowac" jak sie domyslacie nie trzeba bylo mnie zbyt dlugo namawiac.

 

Trzy tygodnie pozniej wyladowalem na lotnisku w Weronie, z dwustoma euro czterodniowej diety w garsci i poszedlem, szukac autobusu, ktory mial mnie zawiesc do miasta. Lotnisko jest dosyc daleko od centrum. Niestety zadanie to okazalo sie niewykonalne, okazalo sie ze  trafilem wlasnie na pierwszy dzien strajku komunikacji miejskiej w Weronie. Para milych Anglikow powiedziala mi zebym sie nie martwil bo zamiast liniowego autobusu MPK jest jadacy po tej samej trasie autobus prywatnej firmy. Super !  pomyslalem, ze jednak bogowie nade mna czuwaja i God bless the capitalism. Moj dobry nastroj trwal do chwili, gdy przyszlo zaplacic za podroz, kierowca ze stoicka mina wymienil sume 50 euro {7.50 za strajkujacy autobus SIC ! } na taryfe taksiarska nie bylo mnie stac {80 euro} wrocilem do prywaciarza, zaklalem i zaplacilem. W centrum okazalo sie ze moj hotel jest 15 kilometrow od centrum, kolejne 40 euro wyparowala po dotarciu do niego.

 

Nastepne dwa dni uplynely pod znakiem swiatowego designu, magicznej Werony no i oczywiscie strajku komunikacji miejskiej. Moja dieta stopniala do zalosnych kilkudziesieciu euro, taxi bylo jedynym srodkiem transportu a posilki sprowadzaly sie doslownie do bulek z kefirem z supermarketu.

 

Sobota byla przedostatnim dniem pobytu w Weronie, caly ranek zajelo mi dotarcie "a piedi"do centrum, a popoludnie spedzilem szwendajac sie po podejrzanych rejonach miasta.

 

W kieszeni zostalo mi kilkadziesiat euro a glod powoli zaczal zagladac w oczy. Po calodniowej peregrynacji znalazlem sie wkoncu pod brama mojego hotelu, gdzie porwal mnie tlum pedzacych do hotelowej restauracji niemieckich emerytow. Rozmawiajac moim lamanym niemieckim o pieknie miasta Romea i Juli, wmanewrowalem sie do kolejki z talerzami i nagle stanalem przed wspaniale zastawionym bufetem pelnym wloskich przysmakow, zjadlybym wtedy nawet owoce morza, ktore wzbudzaja we mnie czyste obrzydzenie, ale moj wzrok zatrzymal sie na misie wypelnionej spaghetti, TAK ! to bylo spaghetti Bolognese. Lekko podsmazona marchewka lezala na porach i leniwie przeciagajac sie wydawalo sie, ze usmiecha sie do mnie, sos pomidorowy doprawiony ziolami i czosnkiem krzyczal "wez mnie... wez mnie teraz !!! to twoje "Rzymskie wakacje" i juz nigdy nie bedzie podobnej okazji !!!  wzialem je i coz... reszta jest milczeniem.

 

Z hotelowej restauracji wymknalem sie razem z nurtem podstarzalych czlonkow Hitlerjugend, uznajac, ze ten posilek jest czescia reparacji wojenych i moim prywatnym zadoscuczynieniem za powstanie warszawskie, Gajcego, Baczynskiego i te tysiace niewinnych mlodych glupcow/patryjotow... niepotrzebne skreslic.

 

Niedziela zastala mnie w gotowosci powrotu do domu, moj lot z Werony do Frankfurtu a nastepnie do Chicago byl rospisany na 14:00 po poludniu. Wstalem wczesnie rano, w recepcji dowiedzialem sie ze strajk sie skonczyl !!! i ze za jedyne 7.50 euro dotre do centrum i dworca autobusowego...faktycznie o 9.00 podjechal autobus, a odswietnie, niedziela!,  ubrany tlum Weronczykow nie zwrocil na mnie najmniejszej uwagi i w pelnej indyferencji atmosferze dojechalem do celu...

 

Zostalo mi okolo 30 euro, espresso z kanapka na dworcu autobusowym pochlonela kolejne 20, z 10 euro stanalem przed wejsciem zaciagajac sie papierosem. Wtedy jeszcze palilem...no co w koncu bylem studentem uczelni artystycznej i wypadalo mi to robic !. Zapytalem pracownika dworca kiedy i skad odjezdza autobus na lotnisko. Oczywiscie jak to we Wloszech, zaden z "cywilizowanych" jezykow nie zadzialal i migowo zostalem skierowany do informacji. W informacji turystycznej miasta, ktore odwiedzaja rocznie setki tysiecy turystow, jesli nie milionow, trafilem na pana  "mowiacego" jedynie po niemiecku...pan ten wyjasnij mi {SIC !} ze kolega mowiacy po angielsku ma dzis wolne i mozemy rozmawiac jedynie w jezyku Goethego... slyszac te rozmowe Johann pewnie obraclal by sie w grobie!. W kazdym badz razie zostalem skierowany do stanowiska nr 3, gdzie stal autobus, ktory mial mnie zawiesc do "Aeroporto Verona". Kierowca zignorowal trzymane przeze mnie 10 euro,porwal z moich rak plecak i wskazal mi miejsce na koncu autobusu usypiajac moja slowianska czujnosc monotonym potakiwaniem "Si si aeroporto, Verona si, si". Pomyslalem, ze placi sie po przyjezdzie na miejsce. Wygodne fotele i lagodnie saczaca sie z glosnikow muzyka wprowadzila mnie w stan pelnego relaksu.Podroz uznalem za wyjatkowo udana.

 

Po 15 minutach dotknal mnie lekki niepokoj, wyjechalismy poza granice miasta ale trasa obrana przez naszego kierowce w niczym nie przypominala trasy, ktora pokonalem trzy dni wczesniej...pomyslalem sobie ze poprostu jedziemy do celu inna droga i nie mam sie czym specjalnie martwic. Spokojnie chlonac krajobraz Vento zaczalem nabierac podejrzen dopiero w momencie gdy kierowca minal zjazd na lotnisko i wjechal na autostrade. Na przednich fotelach siedziala para Australijczykow, ktora niekryjac rozbawienia po uslyszeniu mojej histori poinformowala mnie, ze siedze w autobusie jadacym co prawda na lotnisko, ale lotnisko Ryanair'a polozone 90 kilometrow za miastem...

 

Oblal mnie zimny pot gdy podliczylem koszta mojej naiwosci, przegapiony lot powrotny, hotel w Weronie, jak dlugo zajmie mi rezerwacja nowego biletu ?!, jedzenie, zblizajaca sie obrona dyplomu na uczelni... czarne mysli przerwal mi sasiad z przedniego fotela  "Na lotnisku do ktorego jedziemy sa taksowki. Dojedziemy tam na dwunasta w poludnie, wsiadziesz do auta i zdazysz na samolot" w sumie to niezly plan, powiedzialem, ale mnie zostalo 10 euro i watpie aby za ta sume znalazl sie ktos chetny, mam co prawda swoja karte kredytowa , zabrana na czarna godzine, ktora wlasnie teraz wybila, ale wiem juz z Werony, ze taksowkarze ich nie akceptuja..."Na lotnisku jest kantor wymiany walut i za prowizje wyplaca ci gotowke z karty" Reszte podrozy spedzilem na przyjemnej pogawedce z milym panstwem, ktorzy okazali sie architektami wracajacymi, a jakze, z targow w Weronie do domu w Sydney.

 

Punktualnie o 12:00 autobus wtoczyl sie pod wiate parkingu lotniska, serdecznie pozegnalem towarzyszy mojej podrozy i skierowalem sie do glownego terminalu w poszukiwaniu najblizszego kantoru. Znalazlem go po chwili, a wraz z nim wywieszke, ze w niedziele sa zamknieci...w panice wybieglem na zewnatrz, byla juz dobrze po dwunastej i zblizylem sie do grupy palacych papierosy taksowkarzy i w jezyku Szekspira  z amerykanskim akcentem probowalem strescic moja sytuacje, niestety nikt nie mogl mi pomoc panowie poodwracali sie do mnie plecami i wrocili do omawiania najnowszych wynikow ligi mistrzow.

 

To zachowanie wraz z moja sytuacja doprowadzilo mnie na skraj zalamania nerwowego, uprzednio nabyta kindersztuba zostala wepchnieta w obszar podswiadomosci, a tama dobrego wychowania zostala w jednej chwili przerwana....KURWA MAC, JA PIERDOLE , NO KURWA MAC !!! ....wiazka polskich przeklenstw poleciala po parkingu uskrzydlona moja wsciekloscia i dotarla do grupki nadal spokojnie palacych sobie taryfiarzy.

 

"No Americano ? Polacco ?" ich twarze wyrazaly prawdziwe zdziwienie, no colleghi no Americano, io sono Polacco !!! ten prosty werbaly komunikat odmienil o 180 stopni cala sytuacje. Panowie jak na komende wyciagneli telefony komorkowe i zaczeli dzwonic, po 15 minutach podjechala czarna limuzyna, wysiadl z niej kierowca w swietnie skrojonym garniturze wyciagnal przenosny terminal i w bardzo dobrym angielskim zapytal czy 150 euro nie jest cena zbyt wygorowana za dojazd do Werony...podalem mu karte, pan podlaczyl swoj telefon do terminala i w nie cala godzine pozniej stalem juz przed wejsciem lotniska w Weronie.

 

Samolot o 14:00 oderwal sie od wloskiej ziemi, a ja siedzac na jego pokladzie juz wiedzialem ze w Itali lepiej byc Polakiem.

21:27, trickstero
Link Komentarze (11) »

Spaghetti Bolognese, porcja dla czterech osob lub dwojga Amerykanow.

Razowy makaron spaghetti.

Cztery duze dojrzale pomidory.

Garsc {6-8} pomidorow miniaturek o slodkim smaku.

Dwie male papryki {czerwone zolte lub pomaranczowe}.

Cztery lodygi selera.

Cztery nieduze marchewki lub garsc marchewek miniaturek.

Duza zolta cebula.

Dwie glowki czosnku.

Wiazka swiezych ziol tymianek, szalwia, bazylia, oregano, pietruszka - mozemy zastapic swieze ziola suszonymi ale jednak te pierwsze dadza nam lepszy efekt.

Kieliszek czerwonego wina.

Dwie lyzeczki miodu.

Mielone mieso wolowe {zawsze wybieram caly kawalek i prosze o jego zmielenie, mam wtedy gwarancje ze mieso jest swieze}

Pieprz i sol morska.

Ser Parmezan.

 

 

Zaczynamy od zagotowania wody...

 

 

Do gotujacej sie wody wkladamy cztery duze pomidory i dwie lyzki soli, przykrywamy i zostawiamy na srednim ogniu przez 15 minut.

 

 

Czas na reszte skladnikow, cebule

 

 

i papryki

 

 

siekamy na drobne kawaleczki,

 

 

zgniatamy czosnek a nastepnie wszystko to odkladamy na bok.

 

 

Nasze pomidory po 15 minutach sa juz gotowe, odcedzamy je nad zlewem i wkladamy pod strumien zimnej wody aby je schlodzic.

 

 

Zimne pomidory kladziemy na desce,

 

 

sciagamy z nich skorke i kroimy w cwiartki,

 

 

cwiartki pomidorow wkladamy do miksera,

 

 

dolewamy troche oliwy,

 

 

a  nastepnie miksujemy.

 

 

Na rozgrzana patelnie wrzucamy 3/4 uprzednio pokrojonej cebuli, i czekajac az sie zarumieni

 

 

wykladamy na deske miniaturki pomidorow

 

 

aby je pokroic na waskie plasterki.

 

 

Do cebuli dodajemy 1/2 czosnku sol i pieprz,

 

 

zmniejszamy ogien i odstawiamy patelnie na 5 minut co jakis czas mieszajac zawartosc.

 

 

Po 5 minutach dokladamy papryke, znow dokladnie mieszamy zawartosc

 

 

dokladamy pociete pomidorki i zostawiamy na kolejne kilka minut.

 

 

Czas na swieze ziola,

 

 

Dolewamy do naszej patelni zmiksowane pomidory

 

 

Dosypujemy 2/3 swiezych ziol i mieszamy sos,

 

 

Dolewamy polowe kieliszka z czerwonym winem,

 

 

Dokladamy dwie lyzeczki miodu, przykrywamy pokrywka i zostawiamy 15 - 20 minut na malym ogniu.

 

 

Czas przygotowac mieso, do zmielonej wolowiny dolewamy odrobine oliwy,

 

 

dosypujemy cebule, czosnek i swieze ziola,

 

 

sol i pieprz,

 

 

zawartosc dokladnie mieszamy,

 

 

Na patelnie z rozgrzana oliwa wsypujemy pozostala czesc cebuli a gdy ta sie zarumieni,

 

 

dokladamy wymieszane mieso,

 

 

dokladnie rozprowadzajac je po calej patelni, czekamy az sie przypiecze co jakis czas je mieszajac.

 

 

Czas na marchewke i seler

 

 

pokrojone na srednie kawalki odstawiamy na bok.

 

 

W kolejnym garnku zagotowywujemy wode na makaron dokladajac do niej lyzke soli.

 

 

Zbrazowione mieso jest gotowe na kapiel w winie, a gdy alkohol odparuje

 

 

przekladamy mieso do durszlaka aby odciekl z niego nadmiar tluszczu.

 

 

Do gotujacej sie wody wkladamy makaron { gotujemy go al dente ! }

 

 

Patelnie po miesie myjemy i od nowa rozgrzewamy na niej oliwe,

 

 

do goracego tluszczu dokladamy marchew i selera

 

 

Przez 5 minut mieszamy jarzyny a kiedy te sie lekko zarumienia posypujemy je tymiankiem.

 

 

Zaraz po tym dokladamy odsaczone z tluszczu mieso,

 

 

mieszamy zawartosc patelni i zmniejszajac ogien zostawiamy na 2 minuty.

 

 

Czas odcedzic makaron,

 

 

i dolac uprzednio przygotowany sos,

 

 

zapowiada sie niezle :)

 

 

mieszamy wszystko razem i na bardzo malym ogniu zostawiamy na kilka minut.

 

 

Na dwa talerze nalewamy kilka kropel oliwy,

 

 

nakladamy makaron,

 

 

sos z miesem sypiemy swiezo startym parmezanem.

 

 

gotowe...

 

 

do tak przygotowanego Spaghetti Bolognese podajemy wino Chianti lub Montalbano.

 

 

Dzieki za uwage :)

 

 

21:25, trickstero
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 09 listopada 2009

Najstarsze przepisy i wzmianki o tej zupie pochodza juz ze starozytnego Rzymu, mieszkancy tego miasta bardzo rzadko gotowali w swych domach {poza willami arystokracji i bogatych kupcow kamienice czynszowe czesto nie mialy swoich kuchni} zwykli ludzie jadali zupelnie tak jak wiekszosc z nas "na miescie". Starozytny Rzym okupowaly liczne garkuchnie i bistra uliczne w ktorych mozna bylo zamowic na przyklad zupe cebulowa a po jej konsumpcji napic sie wina i przedyskutowac z wspolbiesiadnikami najnowszy program wyscigow w Circus Maximus tudziez jakze wtedy modne spektakle palenia chrzescijan w Coloseum.

Historia idzie do przodu i przez kolejne stulecia chrzescijanie sa gora i teraz to juz oni pala innych ale zupa cebulowa generalnie pozostaje taka sama az do chwili gdy w XIX wieku we Francji przepis ten zostaje udoskonalony {podstawa staje sie wywar wolowy i ser gruyére} i pod postacia setek wariacji dociera do naszych czasow.

Cebula od zawsze byla tania i ogolnie dostepna, wiele osob nie lubi jej smaku i zapachu w stanie surowym, dopiero proces karmelizacji zmienia jej wlasciwosci smakowo/zapachowe i staje sie podstawa naszej dzisiejszej zupy, oto lista potrzebnych nam ingrediencji...

Trzy duze czerwone cebule.

Trzy duze zlote cebule.

Dwie glowki czosnku.

Kilka galazek swiezego tymianku i estragonu, ziarna pieprzu i ziela angielskiego, listki laurowe.

Duzy kieliszek bialego wina.

1.5 litra wywaru z kury i jarzyn

Oliwa z oliwek, i okolo 100-150 gram masla.

Ser gruyére i swieza bagietka.

 

 

 

Zaczynamy od pokrojenia bialej cebuli w piorka {bedziemy podpiekac biala i czerwona cebule osobno aby zachowac i w tej fazie nie mieszac ze soba ich smakow }

 

 

Na rozgrzana patelnie wlewamy oliwe i dokladamy kawalek masla.

 

 

Po krotkiej chwili maslo rozpuszcza sie w rozgrzanej oliwie i mozemy wrzucac biala cebule.

 

 

Zmiejszamy troche ogien i co jakis czas mieszajac czekamy az cebula nabierze odpowiedniego koloru, po jakis 10-15 minutach przyprawiamy pieprzem

 

 

i sola a nastepnie zostawiamy na malym ogniu przez kolejne kilka minut.

 

 

Czas na pokrojenie czerwonej cebuli {cebule kroimy zaraz przed wrzuceniem jej na patelnie w przeciwnym razie wczesniej pokrojona straci swa swiezosc zapach i smak :( } odrazu obieramy czosnek.

 

Biala cebula jest juz gotowa {powinna byc szklista i podpieczona } sciagamy  ja z patelni i wrzucamy do durszlaka aby obciekla z nadmiaru tluszczu.

 

Patelnie dokladnie myjemy...

 

 

i powtorka z oliwa i maslem

 

 

Wrzucamy czerwona cebule.

 

 

Po 10-15 minutach dosypujemy soli i pieprzu nastepnie zmniejszajac ogien zostawiamy na patelni przez kolejne kilka minut co jakis czas mieszajac cebule nie pozwalamy sie jej przypalic.

 

 

Czas na przyprawy, uprzednio obrany i przepolowiony czosnek ukladamy na gazie ktora okrecamy w mieszek i zawiazujemy od gory.

 

 

Operacje powtarzamy z ziolami, pieprzem, zielem angielskim i liscmi laurowymi.

 

 

Druga tura cebuli jest juz gotowa i po zdjeciu jej z patelni i odsaczeniu tluszczu wkladamy ja razem z biala do garnka, dorzucamy nasze mieszki z przyprawami polewamy winem...

 

 

i dolewamy wywar .

 

 

Zostawiamy garnek na malym ogniu { 60-75 minut } i co jakis czas sciagajac tluszcz

 

 

Czas na nasz ser, najlepszym rozwiazaniem jest oczywiscie Szawajcarski Gruyere ale mozna tez uzyc Ementalera lub jakiegokolwiek innego slodkiego zoltego sera.

 

 

Ser scieramy na tarce

 

 

I kladziemy na pokrojona uprzednio bagietke ale zanim wlozymy ja do piekarnika poczekajmy az zupa bedzie prawie gotowa, w przeciwnym razie pieczywo wyschnie na suchar...

 

 

Czas na relaks { zupa sie wolno gotuje } grzanki czekaja na swoja kolej a my albo saczymy biale wino leniwie rozmyslajac o czekajacych nas przyjemnosciach kulinarnych {lub tak jak ja zapieprzamy sprzatajac kuchnie przed przyjsciem gosci}

OK kuchnia juz wyczysczona, wlaczamy piekarnik i po uprzednim rozgrzazaniu go do 200 C wkladamy grzanki. Gdy po okolo 10 minutach ser sie roztopi jest to znak ze sa juz gotowe.

 

 

Wyciagamy je z piekarnika, i wkladamy na wierzch misek z uprzednio nalana zupa.

 

 

Nasi goscie i zarazem "kroliki doswiadczalne" ;) Pati i Seba zaczynaja testowac produkt

organoleptycznie...

 

 

... chyba znowu mi sie udalo ;)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

20:47, trickstero
Link Komentarze (9) »
czwartek, 29 października 2009

Idea tego bloga powstala gdy uswiadomilem sobie ze wiele ze znajomych mi osob nie gotuje tylko dlatego ze przepisy i opisy potraw sa dla nich zbyt "sucho" podane. Wizualizacja dzialan kuchennych ma pomoc zrozumiec proces gotowania i poprowadzic krok po kroku osoby ludzi "srednio-zaawansowanych" w sztuce gotowania.

Dzisiejszy przepis niestety zabiera troche czasu, gdy gotujacy wspomaga sie jednym kieliszkiem bialego wina estymuje czas na 60 minut, powyzej dwoch to juz 75-90 minut...ale to tez jest kwestia indywidualnych mozliwosci i rzeczy ktore moga was od gotowania odciagac.

Zaczynamy od zakupow.

UWAGA ! porcja dla czterech osob.

Dwa srednie filety z lososia 250 do 300 gram {super gdy losos nie jest z hodowli, w mojej opini naprawde rozni sie wtedy smakiem }

Trzy pory { sprawdzcie czy przypadkiem nie sa wyschniete }

Wiazka koperku.

Dwie srednie cytryny

Maka do pieczenia

Ciasto francuskie

Oliwa z oliwek

Sol { morska gruboziarnista} i pieprz.

Maslo

Jajko

Biale wino

Folia aluminiowa

Pergamin do pieczenia

 

Okej jesli juz po zakupach dotarlismy bezpiecznie do domu to mozemy zaczac gotowanie od otworzenia butelki wina { i po tradycyjnym sprawdzeniu bukietu i lezki konsumujemy zawartosc pierwszego kieliszka }

Pluczemy filety w wodzie, osuszamy je papierowym recznikiem i kroimy w gruba 5cm kostke.

Teraz wkladamy rybe do szklanego pojemnika, wyciskamy cytryne a nastepnie sypiemy sola i pieprzem a na koniec sypiemy drobno pokrojana skorka z cytryny, teraz mozemy dolac sobie troche wina bo ciezka praca na te dolewke sobie zasluzylismy { a ryba niech teraz nasiaka :)

Czas na pory, kroimy je w poprzek na cienko,

 

 

Wkladamy je na rozgrzana mieszanke masla i oliwy { 2 lyzki masla 1 oliwy } caly czas mieszajac czekamy az sie zarumieni.

 

 

Po kilku minutach dokladamy koper, dwie trzy szczypty pieprzu i szczypte soli { zmniejszamy ogien na sredni }

Po kolejnych 2-3 minutach dolewamy kieliszek wina i co jakis czas mieszajac czekamy az wino odparuje.

W miedzyczasie { uwielbiam to slowo } przekladamy naszego lososia do durszlaka, gdy wino odparuje { wystarczy powachac i kiedy juz charakterystyczny kwasny zapach przechodzi w slodko pieprzowy czas aby nadzienie sciagnac z ognia } odkladamy patelnie na bok i staramy sie schlodzic jej zawartosc.

OCHLODZONE !!! nadzienie nakladany na rybe i zostawiamy na okolo 20-30 minut aby winne pory zamarynowaly lososia.

OK, czas na dodatki { nasza ryba spokojnie odmaka w durszlaku a my wezmiemy sie za szpinak }Bedziemy potrzebowac duze opakowanie surowego szpinaku, czosnek, biale wino, rosol drobiowy i cytryna.Na poczatek rozgrzewamy znana nam juz mieszanke masla i oliwy { te same proporcje co powyzej} na rozgrzany tluszcz wrzucamy drobno posiekany czosnek.

Czosnek juz sie lekko podpiekl { starajcie sie go nie spalic bo nabiera wtedy gorzkiego nieprzyjemnego smaku } wkladamy na patelnie nasz swiezy szpinak

Po 5 minutach gdy gargantuiczna ilosc zielonego zelaza zmienila sie w glodowa porcje gwiazdy Hollywood, zmniejszamy ogien i dolewamy pol kieliszka wina, pol kieliszka bulionu i wyciskamy sok z polowki cytryny. Przykrywamy i co jakis czas mieszajac skladniki odstawiamy na 5 min

Teraz znow mozemy uzupelnic wino w naszym kieliszku i zabrac sie za ciasto francuskie.

Oprocz mrozonego ciasta potrzebujemy jajko make i odrobine czystej wody.

Jajko ubijamy z woda na cos takiego...

Ciasto ukladamy na posypanej maka desce

Smarujemy jajkiem wnetrze ciasta...

a zaraz potem obsypujemy je maka

Na tak przygotowane ciasto nakladamy lososia z porami

Obklejamy nadzienie ciastem ktore to ciasto ponownie smarujemy jajkiem i posypujemy maka.Kladziemy nasz obiad na papierze pergaminowym.

Zaslaniamy folia aluminiowa i wkladamy do uprzednio rozgrzanego do 200 C piekarnika na 20 minut.

Po pierwszych 20 minutach sciagamy folie i pieczemy rybe przez kolejne 20 minut

Prosta dekoracja z avocado przecietych na pol i "nadzianym" cwiartka cytryny i posypana pieprzem.Talerze mozna skropic dekoracyjnie odrobina oliwy. Czas na maly relaks :)

Teraz dosyc wazna czesc ...wino, abstrachujac od wina ktorym raczylismy nasz obiad a w  interwalach samych siebie... trzeba wybrac cos do samego posilku. Z racji tego ze mieszkam za wielka woda mam bezposredni dostep do lokalnych winnic zarowno tych z Kaliforni jak i ze stanu Washington { te ostanie sa naprawde fenomenalne} Do dzisiejszego zestawu dobralismy Francis Coppola Chardonnay 2008, wino srednio zmineralizowane o aromacie brzoskwin i cynamonu w smaku zas bardzo orzezwiajace z lekko kwasna koncowa nuta. Do ryby w ciescie polecam szczepy Chardonnay lub Chablis { te ostanie bardziej mineralne niz maslane, ryba jest juz dosyc tlusta i raczej wymaga kontrastu ktory podbije jej smak niz slodko kwiatowej nuty ktora zniknie w naszych ustach momentalnie}

Prawie gotowe...szpinak modelujemy w ksztalt trojkata, obkladamy cwiartkami pomidorow, sypiemy resztka kopru i

et Voila !!!

 

20:41, trickstero
Link Komentarze (16) »